Marek stał w progu salonu i przez chwilę nie potrafił odpowiedzieć. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej jego siostra Anna cieszyła się razem z nim, kiedy opowiadał o planach budowy domu. Gratulowała mu, pytała o każdy szczegół i żartowała, że kiedyś będzie przyjeżdżać do niego na niedzielne obiady.
Teraz patrzyła na niego z wyraźną pogardą.
— Snobem? — powtórzył w końcu Marek. — Tylko dlatego, że postanowiłem zbudować własny dom?
— Nie chodzi o dom! — prychnęła Anna. — Chodzi o to, jak się zmieniłeś. Kiedyś byłeś normalnym człowiekiem. A teraz nagle potrzebujesz wielkiego salonu, ogrodu, garażu na dwa samochody i nie wiadomo czego jeszcze.
Marek zacisnął szczękę.
— Pracowałem na to przez piętnaście lat. Ani ty, ani mama, ani nikt inny nie dał mi na ten dom ani złotówki.
Anna skrzyżowała ręce na piersi.
— Rodzina powinna się dzielić.
— Dzielić czym?
— Tym, co ma.
Marek spojrzał na nią długo.
— A kiedy ja czegoś potrzebowałem, gdzie była rodzina?
Zapadła cisza.
Anna odwróciła wzrok, ale po chwili znów podniosła głowę.
— Nie rozumiem, dlaczego nagle robisz z tego taki problem. Przecież jesteśmy rodzeństwem. Chcieliśmy tylko, żeby mama mogła u ciebie zamieszkać.
To właśnie wtedy Marek zrozumiał, o co naprawdę chodziło.
Nie o jego dom.
Nie o pieniądze.
Nie nawet o rodzinę.
Anna już dawno uznała, że skoro Marek wreszcie coś osiągnął, jego majątek stał się również jej sprawą.
— Mama może u mnie zamieszkać — powiedział spokojnie. — Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Że będzie to jej decyzja, a nie twoja.
Anna zamilkła.
Marek podszedł do okna. Za szybą widać było ogród, który przez ostatnie dwa lata urządzał własnymi rękami. Każde drzewo posadził sam. Każdą ratę kredytu spłacał ze swojej pensji. Każdy metr tego domu był okupiony pracą, wyrzeczeniami i nieprzespanymi nocami.
Nie zamierzał pozwolić, żeby ktoś wmówił mu, że powinien czuć się winny tylko dlatego, że w końcu zbudował życie, o którym zawsze marzył.
— Anna — powiedział cicho. — Jeśli naprawdę jesteśmy rodziną, powinnaś być szczęśliwa, że mi się udało.
Siostra nic nie odpowiedziała.
Po raz pierwszy wyglądała tak, jakby sama nie wiedziała, co powiedzieć.
Marek odwrócił się do niej.
— Możesz uważać mnie za snoba. Możesz nawet być na mnie zła. Ale nie będę przepraszał za to, że ciężko pracowałem na własny dom.
Tego wieczoru Anna wyszła bez pożegnania.
A następnego ranka Marek znalazł na telefonie wiadomość od matki:

„Synku, przepraszam. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego Anna tak bardzo chciała, żebym z tobą porozmawiała. Ona nie martwi się o mnie. Chodziło jej o coś zupełnie innego.”
Marek przeczytał wiadomość dwa razy.
Po chwili pojawiła się kolejna:
„Chciała, żebyś przepisał jej połowę domu.”
Marek odłożył telefon i uśmiechnął się gorzko.
Nagle wszystko stało się jasne.
Anna nie uważała go za snoba dlatego, że zbudował dom.
Uważała go za snoba dlatego, że zbudował dom, którego nie mogła dostać.:::
