Ciężkie drzwi okowane czarnym żelazem zatrzasnęły się z takim trzaskiem, jakby fundamenty nowego domu miały zaraz popękać.
Za nimi rozległ się oburzony pisk szwagierki Lery, płaczliwy skoml Alicji i teatralne, wyćwiczone przez lata stękanie teściowej, Tamary Pietrowny: — Dienis! Dieniska! Twoja żona wyrzuca nas na bruk! Widzisz to, synu mój? Widzisz, kogo sprowadziłeś do naszego domu?
Wika oparła się plecami o chłodne drzwi i zamknęła oczy. Serce łomotało jej gdzieś w gardle, a w ustach czuła metaliczny posmak przypominający ten po chemioterapii. Przełknęła ślinę i powoli wypuściła powietrze. W skroniach jej pulsowało, przed oczami pływały mroczki, ale zmusiła się, by stać prosto.
Zaledwie trzy godziny wcześniej ona i Dienis z uśmiechem wprowadzili się do tego domu. A przynajmniej tak jej się wydawało. Pamiętała, jak przekręcała klucz w zamku i po raz pierwszy od wielu lat poczuła się prawdziwą gospodynią we własnym kącie.
Dwukondygnacyjna willa na obrzeżach miasta pachniała świeżą farbou i drewnem. W salonie stała olbrzymia kanapa, którą wybrała sama, nie pytając teściowej o zdanie. W kuchni błyszczały nowe sprzęty AGD. W sypialni na piętrze czekało wielkie łóżko z nieskazitelnie białą pościelą, a Wika marzyła tylko o jednym: położyć się i zasnąć – bez bólu, bez strachu, bez końca badań i lekarzy.
Dienis kręcił się w pobliżu, wyciągając z samochodu kartony. Był przystojnym mężczyzną: wysokim, o łagodnych rysach twarzy i wiecznie winnym spojrzeniu. Kiedyś to spojrzenie wydawało jej się wzruszające. Teraz wiedziała, że kryje się za nim wyłącznie słabość.
— Wikul, czemu tak stoisz? — uśmiechnął się, wnosząc ostatnią torbę. — Oto on, nasz dom. Jesteś niesamowita. Prawdziwa czarodziejka, skoro udało ci się to wszystko zorganizować.
„Udało się” — pomyślała Wika. „Ja. Sama. Bez twojej matki, bez twojej siostry, bez ich rad i udziału. Kupiłam ten dom za własne pieniądze. Za pieniądze, które zarobiłam, podczas gdy ty szukałeś siebie w muzyce, biznesie i kolejnych nieudanych projektach”.
Ale nie powiedziała tego na głos. Tylko skinęła głową i przekroczyła próg.
Dom przywitał ich ciszą. Jednak ta cisza była złudna. W salonie, dokładnie na tej kanapie, którą Wika wybierała z tak wielką miłością, ktoś już siedział. Pachniało obcymi perfumami, tanią kawą i czymś jeszcze – stęchlizną, jak w starych mieszkaniach, w których latami nie otwierano okien.
Pierwszą osobą, którą zobaczyła Wika, była Tamara Pietrowna. Teściowa siedziała pośrodku kanapy niczym królowa na tronie. Jej mięsiste dłonie spoczywały na kolanach, a na twarzy zastygł wyraz urażonej godności.
Obok niej siedziała Lera, młodsza siostra Dienisa – chuda, nerwowa kobieta o ostrym nosie i wiecznie zaciśniętych usta. W kącie, wklejona wzrokiem w ekran telefonu, siedziała siostrzenica Alicja. Dziewczyna miała czternaście lat, ale wyglądała na starszą przez ciężkie, zmęczone spojrzenie i workowate ubrania, które skrywały jej sylwetkę.
U stóp Lery stała wielka klatka. W środku, szeleszcząc trocinami, biegał biały szczur o czerwonych oczach, który pilnie gryzł kawałek kartonu i zupełnie nie zwracał uwagi na obecnych. Obok kanapy piętrzyła się góra walizek. Starych, wysłużonych, powiązanych sznurkami i taśmą klejącą, przypominały bagaż uchodźców z innego życia. I to właśnie z nich, jak zrozumiała teraz Wika, buchał ten stęchły odór.
— O, Dieniska! — zawołała Tamara Pietrowna, zrywając się na widok syna. — Nareszcie! Doczekaliśmy się. Lerochka, no powiedz, czyśmy się nie doczekali?
— I to jak — zacisnęła usta Lera. — Już myślałam, że utknęliście w korkach. Choć jakie korki mogą być tutaj, za miastem? Przecież to kompletna prowincja. I w ogóle nie pojmuję, po co trzeba było kupować dom tak daleko. Ani porządnych sklepów, ani ludzi. Ale pani Wiktoria wie lepiej, prawda? Ona zawsze wie wszystko najlepiej.
Wika stała w progu, niezdolna do ruchu. Patrzyła na walizki, klatkę ze szczurem, zadowolone twarze krewnych i czuła, jak w jej wnętrzu wzbiera mroczna, dusząca wściekłość. Wściekłość, którą dawno nauczyła się tłumić i spychać głęboko, bo krzykiem i awanturami niczego nie dało się rozwiązać.
Ale tego dnia coś w niej pękło.
— Co to ma znaczyć? — zapytała cicho, patrząc na męża.
Dienis zbladł. Było oczywiste, że o niczym nie wiedział. Jego zagubiony wzrok błądził między matką a żoną.
— Mamo? — wymamrotał. — Wy… dlaczego tu jesteście? Przecież ja w ogóle…
— Co w ogóle? — przerwała mu Tamara Pietrowna. — Czy my jesteśmy jakimiś obcymi ludźmi? To jest twój dom, Dieniska. Ty jesteś tu gospodarzem.
A my jesteśmy twoją rodziną. Twoją własną krwią. Wynajęliśmy nasze mieszkanie, Dieniska. Wynajęliśmy je, bo nie mamy z czego żyć. Przecież wiesz, że po śmierci twojego ojca zostały nam tylko długi. Lerochka pracuje w dwóch miejscach, utrzymuje Alicję, ja żyję z emerytury, mam cukrzycę i wysokie ciśnienie. Gdzie mamy pójść? Tylko do ciebie.
— Ale… — zaczął Dienis i zamilkł.
— Ale co? — wtrąciła Lera. — Dienis, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co się dzieje? Ty budujesz sobie tutaj pałac, podczas gdy twoja matka gnieździ się w wynajmowanym lokalu. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Naprawdę nie jest ci wstyd?
Wika słyszała, jak Dienis przełyka ślinę. Widziała, jak na jego twarzy pojawia się dobrze znane poczucie winy. Tamara Pietrowna przez całe życie umiejętnie manipulowała synem za pomocą poczucia obowiązku.
— Mamo, ale musieliście uprzedzić — wymamrotał żałośnie. — Omówilibyśmy to…
— A co tu omawiać? — oburzyła się teściowa. — Jesteś mężczyzną czy szmatą? Pozwalasz, żeby we własnym domu decydowano bez ciebie? Widzę, że Wiktoria już wszystko zaplanowała: kto może tu mieszkać, a kto nie. A ty jesteś po prostu jej dodatkiem, co?

Wika uśmiechnęła się gorzko. Ten uśmiech nie był wesoły, ale przywrócił jej jasność myśli. Spojrzała na męża.
— Dienis — powiedziała spokojnie — odsuń się, proszę.
— Wika, ja…
— Odsuń się.
Podeszła do kanapy, omiotła wzrokiem nagle zamilkłych krewnych, po czym schyliła się i podniosła klatkę ze szczurem. Lera aż drgnęła, ale Wika szła już w stronę drzwi wejściowych. Otworzyła je i ostrożnie postawiła klatkę na werandzie.
— Hej! — pisnęła Lera. — Co robisz? To moja Busia! Rasowa!
— To weź swoją Busię — rzuciła Wika, wracając do salonu — i zabierz swoje walizki. Matkę też ze sobą zabierz. Wy tu nie mieszkacie i nie będziecie mieszkali.
Zapadła cisza. Tamara Pietrowna zrobiła się fioletowa. Lera otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Alicja oderwała wzrok od telefonu i spojrzała na Wikę z niespodziewanym zainteresowaniem.
— Jak to nie będziemy mieszkali?! — wycedziła w końcu teściowa. — Dienis! Słyszysz to? Twoja żona wyrzuca twoją matkę na ulicę!
Dienis zrobił krok do przodu, ale Wika uniosła rękę.
— Milcz — powiedziała do niego. — Po prostu milcz.
Potem zwróciła się do krewnych i oznajmiła – bez krzyku, lecz z tak stalową intonacją, że nawet Alicja drgnęła: — Ten dom kupiłam sama. I będziemy tu żyć bez twojej matki, siostry i siostrzenicy.
Po tych słowach chwyciła Tamarę Pietrowną za łokieć i zdecydowanie, choć bez przemocy, pociągnęła ją ku wyjściu. Lera, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na ląd, ruszyła za nią, trzymając Alicję za rękę. Dziewczyna szła milcząco i nawet się nie odwróciła.
W progu Tamara Pietrowna spróbowała coś powiedzieć, ale Wika zamknęła drzwi. Te same ciężkie drzwi okowane czarnym żelazem. I teraz stała, oparta o nie plecami, słuchając krzyków dobiegających z zewnątrz.
Dienis chodził po salonie w tę i z powrotem, trzymając się za głowę. — Coś ty zrobiła?! — wrzasnął, a jego głos przeszedł w pisk. — Wyrzuciłaś moją rodzinę! Moją matkę! Czy ty w ogóle rozumiesz, co robisz? — Rozumiem — odparła cicho Wika. — W pełni. Lepiej niż kiedykolwiek.
Patrzyła na męża, podczas gdy w jej pamięci przesuwały się obrazy z przeszłości. Oto jak się poznali na jakiejś imprezie: Dienis – czarujący, uśmiechnięty, grający na gitarze i obiecywający jej gwiazdy z nieba. Oto pierwsze spotkanie z teściową:
Tamara Pietrowna ogląda Wikę jak towar na wystawie i wydaje wyrok: „Chuda, karierowiczka, pewnie i dzieci nie będzie chciała”. Oto wesele: skromne, bo rodzina pana młodego nie ma pieniędzy, a Tamara Pietrowna przez cały wieczór marudzi, że restauracja jest do kitu, a suknia panny młodej zbyt wyzywająca.
Oto pierwsze lata: Dienis próbuje robić muzykę, potem biznes, potem znów muzykę, podczas gdy Wika ciągnie wszystko na własnym garbie. Jej mała agencja reklamowa, stworzona od zera, rozrasta się i zaczyna przynosić dochody, podczas gdy jej mąż wciąż „szuka siebie”.
Oto jak teściowa prosi o pożyczkę, a Wika daje jej pieniądze, nawet nie pytając o zwrot. Oto jak Lera zaczyna pracować w jej biurze jako sekretarka i po miesiącu partaczy ważny kontrakt, a Wika po prostu ją zwalnia. Oto jak Tamara Pietrowna przychodzi robić awanturę i wrzeszczy w recepcji: „
Zostawiłaś siostrę Dienisa bez chleba!”. A Dienis, niezdolny podnieść wzroku, szepta: „Wik, może dasz jej jeszcze jedną szansę? Mama się martwi…”.
Wika zamknęła oczy. Przed jej wewnętrznym wzrokiem pojawiło się inne wspomnienie, to najstraszniejsze. Gabinet lekarski, białe ściany, zapach lekarstw. Zmęczony lekarz zdejmuje okulary i mówi: „Wiktorio, wyniki są złe. Bardzo złe. Konieczna jest operacja i to jak najszybciej. Potem długa rehabilitacja. Ale gwarancji, jak pani rozumie, nikt dać nie może”.
Nie powiedziała o tym Dienisowi. Na początku chciała, ale w końcu zrezygnowała. Ponieważ wiedziała, że on natychmiast pobiegnie do matki. A jego matka zacznie udzielać rad, wtrącać się i wywierać presję. Już wtedy Wika poczuła, że aby przeżyć, potrzebuje jednej rzeczy: ciszy. Absolutnej, sterylnej ciszy. Dom stał się jej przystanią, jej twierdzą. Kupiła go za własne oszczędności, przepisała na siebie i nikomu nie pozwalała się wtrącać.
Dienis wciąż krzyczał. Chodził po salonie i wył, że jest bezduszna, że poniżyła go przed rodziną, że nie ma prawa tak traktować jego matki. I wtedy uderzył pięścią w ścianę tuż obok jej głowy. Wika nawet nie mrugnęła. Tylko długo i uważnie spojrzała na męża.
— Twoja matka — powiedziała powoli — przez całe swoje życie nie zrobiła dla nas nic dobrego. Tylko brała. I twoja siostra też. I ty nadal oczekujesz, że będę to wszystko znosić? — To moja rodzina! — wrzasnął. — A kim ja jestem dla ciebie?
Dienis zamarł. Jego twarz się wykrzywiała, próbował znaleźć słowa, ale Wika już się odwróciła. Nagle zrobiło jej się niesamowicie niedobrze. Ból w prawym żebrze, tępy i znajomy, wrócił ze zdwojoną siłą. Wepchnęła rękę do kieszeni i wymacała ampułkę z lekiem przeciwbólowym.
Zmusiła się do wytrzymania. Jeszcze nie. Nie przy nim. — To moja odpowiedzialność — wykrztusił głucho Dienis, pochylając głowę. — Twoja odpowiedzialność — powtórzyła Wika jak echo — ogranicza się do wydawania moich pieniędzy. A ty… ty jesteś po prostu zwykłą szmatą.
Wzdrygnął się, jakby go uderzyła. Ale nie potrafił odpowiedzieć. Ktoś zaczął głośno i natarczywie walić w drzwi wejściowe. — Policja! Otwierać! Otrzymaliśmy zgłoszenie!
Wika uśmiechnęła się gorzkio. Oczywiście. Teściowa nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała wszystkich dostępnych środków.
Otworzyła drzwi. Na progu stał dzielnicowy, mężczyzna około pięćdziesiątki, o zmęczonej twarzy i uważnym spojrzeniu. Za jego plecami mignęły sylwetki Tamary Pietrowny, przyciskającej chusteczkę do piersi, oraz Lery trzymającej klatkę ze szczurem i wyglądającej z anonsu matki. Alicja stała nieco z boku, znów wklejona w telefon.
— Dobry wieczór — powiedział zmęczonym głosem policjant. — Otrzymaliśmy zgłoszenie, że wyrzucili państwo starszą kobietę z dzieckiem na ulicę. Co tu się dzieje? — Wdarli się do mojego domu bez pozwolenia — odpowiedziała spokojnie Wika. — Dom jest moją własnością i jest zapisany w całości na moje nazwisko. Oto dokumenty. Ci państwo to krewni mojego męża, przyszli bez zaproszenia i odmawiają opuszczenia nieruchomości.
Policjant zmarszczył brwi i spojrzał na Tamarę Pietrowną. — To nieprawda! — wrzasnęła teściowa. — To jest dom mojego syna! My jesteśmy jego rodziną! Mamy prawo tu żyć! A ona… ona jest po prostu chora psychicznie! Bezdzietna! Nie może mieć dzieci i dlatego wyładowuje się na innych!
Te słowa uderzyły Wikę jak policzek. Bezdzietna. Ile razy słyszała to od teściowej szeptem, za plecami, niby mimochodem. Teraz powiedziała jej to prosto w oczy.
Przed świadkami. — Proszę się uspokoić — powiedział surowo policjant. — Jeśli dom nie należy ani do pani, ani do pani syna, nie ma pani żadnego prawa tu przebywać. Proszę dobrowolnie opuścić nieruchomość. W przeciwnym razie zostanie sporządzony protokół o naruszeniu miru domowego.
Tamara Pietrowna poczerwieniała. Lera zacisnęła pięści. — Ale my nie mamy dokąd pójść! — wykrzyknęła nagle Lera. — Wynajęliśmy nasze mieszkanie! Nie mamy dachu nad głową! Naprawdę zostajemy na ulicy!
Policjant westchnął i prapnął się w nos. Widać było, że ma dość całej tej sytuacji. Spojrzał na Wikę. — Nie mogłaby pani pozwolić im zostać do rana? — zapytał cicho. — Po ludzku. A rano wszystko by wyjaśnili. W końcu nie może pani zostawić ich na noc na ulicy.
Wika milczała. Spojrzała na Alicję. Dziewczyna w końcu podniosła wzrok znad telefonu, a w jej oczach czaił się taki smutek i tak bezradne zrozumienie sytuacji, że coś w piersi Lery pękło.
Przypomniała sobie siebie w wieku czternastu lat: wiecznie niezadowolona matka, brak pieniędzy, wstyd za własną rodzinę. — Dobrze — powiedziała twardo Wika. — Mogą zostać. Ale tylko do rana. W pokoju gościnnym na parterze. Jutro o dziewiątej rano ma po nich nie być śladu. W przeciwnym razie wezwę ochronę i usunę ich siłą.
Rzuciła klucz do pokoju gościnnego na podłogę pod nogi Lery, odwróciła się i poszła na górę.
W pokoju gościnnym było zimno. Tamara Pietrowna siedziała na brzegu rozkładanej kanapy, zaciskając usta. Lera chodziła tam i z powrotem po ciasnym wnętrzu, a Alicja usiadła na parapecie i milcząco wpatrywała się w panującą na zewnątrz ciemność.
— Widzisz? — wycedziła Lera. — Rzuciła klucz jak psu! Bezdzietna laleczka! Dieniska jest całkowicie pod jej pantoflem. Mamo, musimy coś zrobić. Nie możemy stąd odejść! Naprawdę nie mamy pieniędzy! Mieszkanie zwarowaliśmy, prawda, ale te grosze ledwo starczają na jedzenie! — Nie panikuj — odparła chłodno Tamara Pietrowna.
— Dienis to mój syn. Nie pozwoli nas wyrzucić. Jutro z nim porozmawiam. Zawsze mnie słuchał i teraz też posłucha. — A ona? Co z nią zrobić? — Lera skinęła głową w stronę schodów prowadzących na piętro. — A co? — teściowa wzruszyła ramionami.
— Przeszukałam jej gabinet, kiedy wyście robili hałas na dole. Wiesz, co znalazłam? Sejf. Nie zdążyłam go otworzyć, wróciła zbyt szybko. Ale rzuciłam okiem: nie było tam samych pieniędzy, były dokumenty. Medyczne. Udało mi się przeczytać słowo „onkologia”.
Lera zamarła. Alicja drgnęła niemal niezauważalnie, ale nadal patrzyła w okno. — Onkologia? — powtórzyła Lera. — Jesteś pewna?
— Pewna — skinęła głową Tamara Pietrowna. — Chciałam jeszcze zapytać Dieniskę, ale ty musiałaś robić wrzawę. Teraz już jasne, czemu jest taka nerwowa. Boi się, że umrze, a dom zostanie dla nas. — I zostanie? — Jak myślisz? — teściowa obniżyła głos.
— Jeśli ona umrze, cały majątek przypadnie Dienisowi. A Dienis to mój syn. Więc dom też będzie nasz. Musimy tylko poczekać. — I długo mamy czekać? — zapytała rzeczowo Lera. — Nie wiem. Ale sądząc po tabletkach, które bierze, raczej niedługo.
Alicja zeskoczyła z parapetu i bez słowa wyszła na korytarz. Matka i babka nie zwróciły na nią uwagi. Miały ważniejsze sprawy do omówienia.
W tym czasie Wika stała przed otwartym sejfem w swoim gabinecie. Ręce jej trzęsły się, gdy przeglądała dokumenty. Wszystko było na swoim miejscu: wypisy ze szpitala, wyniki badań, faktury za drogą operację w szwajcarskiej klinice. I pieniądze.
Pięć milionów w gotówce. Wiedziała, że to głupota trzymać taką sumę w domu, ale bała się, że jeśli nagle trafi na oddział intensywnej terapii, Dienis nie będzie miał dość odwagi, by wypłacić pieniądze z jej osobistego konta. Ona umarłaby, podczas gdy on pytałby matkę o hasło.
Wszystko było na swoim miejscu. Nic nie brakowało. Ale wiedziała, że ktoś tu szperał. Dokumenty leżały trochę inaczej, niż je zostawiła. Koperta z pieniędzmi była przesunięta.
Opadła na fotel i zakryła twarz dłońmi. Ból w żebrze stał się niemal nie do wytrzymania. Wika wyciągnęła ampułkę, zrobiła sobie zastrzyk przez ubranie i znieruchomiała, czekając, aż lek zacznie działać.
Na zewnątrz szumiały sosny. W domu panowała cisza. Zbyt cisza jak na budynek pełen ludzi. Około drugiej w nocy zeszła na dół, bo chciało jej się pić. Przechodząc obok pokoju gościnnego, usłyszała stłumione głosy i zatrzymała się. — …niedługo umrze — doczedł do niej głos teściowej.
— I wtedy w końcu zaczniemy żyć jak ludzie. Dieniska szybko o niej zapomni. Znajdziemy mu normalną żonę. Trawią, która urodzi mu dzieci. A ta… ona była po prostu pomyłką. Od samego początku wiedziałam, że do nas nie pasuje. \
— A są pieniądze? — zapytała Lera. — Oprócz domu? — Są. W sejfie. Widziałam pliki banknotów. Dużo. Musimy się tu po prostu jakoś utrzymać. Niech tylko spróbuje nas wyrzucić. Zniszczymy ją. Choremu człowiek wiele nie trzeba: dzień po dniu, skandal po skandalu i w końcu pęknie. A stamtąd do końca już niedaleko. Najważniejsze, żeby Dieniska się nie wtrącał.
Wika stała sparaliżowana, zaciskając dłonie na balustradzie schodów. Trzęsła się. Wiedziała, że teściowa jej nie lubi. Wiedziała, że Lera jej zazdrości. Ale żeby tak chłodnokrwicie omawiać jej śmierć i podział majątku… tego się nie spodziewała.
Chciała wparować do pokoju, krzyczeć, natychmiast wyrzucić ich na zimną, nocną ulicę, ale coś ją powstrzymało. Alicja. Dziewczyna stała na końcu korytarza i patrzyła na Wikę. W jej wzroku nie było złorzeczenia ani nienawiści. Tylko zrozumienie.
Wika obróciła się bez słowa i poszła do kuchni. Minutę później wszła tam Alicja. — Usiądź — powiedziała cicho Wika.
— Chcesz herbaty? Alicja skinęła głową i usiadła przy stole. Piły herbatę w milczeniu, nie patrząc na siebie. — Ty tak naprawdę wcale nie chciałaś tu przychodzić, prawda? — zapytała w końcu Wika. — Nie chciałam — odparła Alicja.
— W starym mieszkaniu było mi dobrze. Szkoła blisko, przyjaciele też. Ale mama powiedziała, że teraz będziemy żyć w domu wujka Dienisa i jego bogatej żony.
Że to już nasz dom. Ale ja od razu zrozumiałam, że nie. Pani wcale nie jest taka, jak mówią. — A jaka według nich jestem? — uśmiechnęła się gorzkio Wika. — Że jest pani złym geniuszem i sknerą. Ale mi się wydaje, że jest pani po prostu zmęczona. I że pani coś boli. Widziałam, jak trzymała się pani za bok.
Wika odłożyła kubek. — Alicjo — powiedziała poważnie — twoja mama i babcia planują coś złego. Bardzo złego. Pomożesz mi? Muszę znaleźć coś w rzeczach twojej matki.
Alicja milczała przez całą minutę. Potem skinęła głową. — Mama wszystko nagrywa — powiedziała. — Na dyktafon. Mówi, że to dla sądu.
Gdyby przypadkiem trzeba było udowodnić, że ktoś źle się dla niej zachowywał. Wiem, gdzie go chowa. W podszewce kosmetyczki. — Przynieś mi go — poprosiła Wika. — Proszę.
Alicja wstała i bezszelestnie wyszła z kuchni. Dziesięć minut później wróciła z małym, czarnym dyktafonem w ręku. — Proszę — podała urządzenie Wice. — Tylko nie wiem, co tam jest. Może nic.
Wika włączyła sprzęt i odnalazła ostatnie nagranie. Alicja zatrzymała się przy drzwiach, ale nie odchodziła. Wika wcisnęła „play” i z głośnika popłynął głos Tamary Pietrowny.
To była dokładnie ta rozmowa, którą przed chwilą słyszała na korytarzu. Tyle że tym razem nagranie zaczynało się od początku: „…Dienis powiedział, że sytuacja z nią jest bardzo zła. Lekarze dają jej najwyżej pół roku. Ler, najważniejsze to wytrzymać tu trzy miesiące, urządzić się, a potem ona sama stąd ucieknie… na zawsze…”.
Nagranie trwało dalej. Wika słuchała, jak teściowa i szwagierka omawiają jej śmierć, podział majątku i przyszłe plany. Alicja stała ze opuszczoną głową. — Przepraszam — szepnęła. — Nie wiedziałam, że tacy są. — To nie twoja wina — odparła Wika. — Jesteś dobrą dziewczynką. Idź spać. Jutro będzie ciężki dzień.
Weszła na górę do sypialni. Dienis spał rozwalony na łóżku i nawet przez sen jego twarz wyglądała na winną. Wika położyła się obok niego, ale do rana nie mruknęła okiem.
Następnego ranka zeszła do salonu ubrana w elegancki garnitur spodnii. Włosy miała spięte w ciasny kok. Usta zacisnęła w wąską linię. Postawiła na stole przenośny głośnik, podłączyła do niego dyktafon i powiedziała donośnie: — Wszyscy do salonu. Natychmiast.
Tamara Pietrowna wyszła pierwsza, narzuciwszy szlafrok. Lera szła za nią, a Alicja wlekła się z tyłu. Dienis zszedł ze schodów, przecierając oczy. — Co to za hałas od samego rana? — zaczęła z niezadowoleniem teściowa. — Ty, Wiktorio, całkowicie straciłaś wszelkie granice… — Proszę milczeć — przerwała jej Wika. — Usiądźcie i słuchajcie.
Nacisnęła przycisk odtwarzania. Głos Tamary Pietrowny wypełnił salon. „Niedługo umrze… wtedy w końcu zacznijmy żyć jak ludzie… najważniejsze to wytrzymać tu trzy miesiące… potem sama stąd ucieknie… na zawsze…”.
Twarz Dienisa zbladła. Zamarł, niezdolny do ruchu. Lera chwyciła się obiema rękami podłokietnika kanapy. Tamara Pietrowna otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie dźwięku. Tylko Alicja siedziała ze spuszczoną głową i milczała.
Gdy nagranie dobiegło końca, w salonie zapanowała ogłuszająca cisza. — Mamo… — głos Dienisa zadrżał. — To prawda? Ty… naprawdę to powiedziałaś?
— To montaż! — wykrzyknęła teściowa. — Ona sama to zrobiła! Fałszywka! — To dyktafon Lery — powiedziała spokojnie Wika. — Ona wszystko nagrywa. Na wypadek procesu. Prawda, Ler? Tyle że tym razem przez przypadek nagrała coś, czego lepiej byłoby nie utrwalać.
Lera zbladła i nie znalazła odpowiedzi. — A wiesz, Dienis — kontynuowała Wika, patrząc na męża — dlaczego ci nie powiedziałam o diagnozie?
Ponieważ pół roku temu, kiedy trafiłam do szpitala, twoja matka już próbowała namówić cię na rozwód ze mną i ożenek z córką jej znajomej. Zanim „wyzdrowieję i wejdę ci na kark”. Pamiętasz tę korespondencję? Wtedy odpowiedziałeś: „Mama ma rację”.
Dienis zamknął oczy. Wyglądał, jakby chciał zapaść się pod ziemię. — Ja… ja tego nie chciałem… — Ty zawsze mówisz nie to, co naprawdę myślisz — przerwała mu Wika. — Ty zawsze słuchasz tylko matki. A twoja matka marzy o mojej śmierci. I nie tylko marzy – ona na nią czeka i ją planuje.
Przeniosła wzrok na Tamarę Pietrowną i Lerę. — Dom jest w całości moją własnością. Kupiłam go za własne pieniądze i jest zapisany na moje nazwisko. Ale jest pewien szczegół. Zmieniłam testament. W przypadku mojej śmierci dom nie przejdzie na Dienisa, lecz trafi do fundacji wspierającej sieroty. Więc nie macie na co czekać.
Lera zerwała się na równe nogi, ale Wika uniosła rękę. — Siadaj. Jeszcze nie skończyłam.
Lera usiadła. — Alicjo — zawołała Wika.
Dziewczyna podniosła głowę. Jej oczy były zaczerwienione, lecz suche. — Alicja otrzyma mały fundusz edukacyjny. Jeśli zechce, będzie mogła pójść na dowolną uczelnię i nie zależeć od matki. Wszystko już załatwiłam. Ty, Ler, nie dostaniesz ani grosza. I wy, Tamara Pietrowna, również.
W salonie znów zapadła cisza. Słychać było nawet, jak Busza drażni kraty klatki na werandzie. — A teraz — wstała Wika — macie godzinę na spakowanie manatków i wyniesienie się stąd. Mam nagranie waszych planów. Jeśli spróbujecie wysuwać roszczenia do mojego majątku albo wywierać na mnie presję, zgłoszę na policję wasze groźby i nękanie ciężko chorej osoby. Z takim nagraniem dowodów nie zabraknie. Zrozumiano?
Tamara Pietrowna powoli się podniosła. Po raz pierwszy jej twarz nie wyrażała arogancji, lecz czyste zagubienie i strach. — Ty… jeszcze pożałujesz — wycedziła. — Jeszcze do nas przypełzniesz. — Wątpię — odparła Wika. — Bardzo wątpię.
Lera, łapiąc oddech, rzuciła się pakować walizki. Alicja wyszła bez słowa na korytarz i zabrała klatkę z Busią. Tamara Pietrowna stała pośrodku salonu, ściskając w dłoniach chusteczkę, i patrzyła na syna. — Dienis! — wrzasnęła nagle. — Dlaczego tak stoisz? Powiedz jej coś! Jesteś mężczyzną czy kim? To twój dom! Twoja rodzina! Wybieraj: albo ona, albo my!
Dienis stał z opuszczonymi ramionami, wpatrzony w podłogę. Wika widziała, jak walczą w nim strach, wstyd, wieloletni nawyk posłuszeństwa matce i jakieś nowe, wciąż nieznane uczucie. Uniosł wzrok na żonę, potem na matkę. — Mamo — powiedział cicho. — Idźcie stąd. Proszę was. — Co?! — Idźcie stąd. Wy… wy nie mieliście racji. Czekaliście, aż ona umrze. A ona jest moją żoną.
Tamara Pietrowna się zakołysała. Najwyraźniej nie spodziewała się takiego zwrotu akcji. Dienis, który nigdy się jej nie sprzeciwiał, nagle powiedział „Nie”. — Jeszcze zatęsknisz za mną — wycedziła. — Jeszcze przycwałujesz do mnie z prośbą o wybaczenie!
Gwałtownie się odwróciła i wybiegła do wyjścia. Lera poszła za nią, wlokąc walizki. Alicja zatrzymała się na chwilę w drzwiach i spojrzała na Wikę. „Dziękuję” — powiedziała bezgłośnie, poruszając jedynie wargami. „Za edukację i… za wszystko.”
Wika skinęła głową.
Drzwi się zatrzasnęły.
W domu zapanowała cisza. Siedzieli oboje w pustym salonie. Dienis na kanapie, Wika w fotelu naprzeciwko. Między nimi stała wystygła herbata i niewypowiedziane słowa. — Czemu mi nie powiedziałaś? — zapytał cicho. — O diagnozie. — Ponieważ bałam się, że uciekniesz do matki. A ona udawałaby współczucie i czekała, aż umrę. Jak widzę, miałam rację.
Dienis skłonił głowę. — Jestem idiotą. Kompletnym idiotą. Nie wiedziałem, że są zdolni do czegoś takiego. — Po prostu nie chciałeś wiedzieć.
Nie odpowiedział. Wyciągnął rękę i przykrył nią jej dłoń. Wika nie cofnęła ręki, ale też nie ścisnęła palców w odwecie. — Zostaję — powiedział. — Chcę być z tobą. Pomagać ci. Zmienię się. Przysięgam.
Wika długo patrzyła na męża. Nie chciała wierzyć. Zbyt wiele razy się sparzyła. Ale gdzieś głęboko w jej wnętrzu wciąż tliła się iskierka nadziei. — Zobaczymy — powiedziała. — Czas pokaże.
Potem wstala i poszła do swojego gabinetu. Musiała sprawdzić sejf. Tam, wśród dokumentów, leżała koperta, którą dostała dzień wcześniej, ale przez całe to zamieszanie nie zdążyła jej otworzyć.
Rozdarła ją i szybko przebiegła wzrokiem wersy: „…w związku z powtórną analizą badań informujemy, że poprzednia diagnoza była błędna.
Zmiana okazała się łagodna. Pani stan jest stabilny, operacja nie jest konieczna. Zaleca się jedynie obserwację i terapię podtrzymującą…”.
Wika osunęła się na krzesło. Łzy popłynęły jej z oczu po raz pierwszy od wielu miesięcy. Wpatrywała się w papier, czytała go linijka po linijce i nie mogła uwierzyć. Błąd lekarski. To nie był rak. To nie było pół roku. To było życie.
Uśmiechnęła się przez łzy. Dom na zewnątrz napełnił się światłem słonecznym. Cisza już jej nie przytłaczała. Uspokajała ją.
Wika złożyła list, włożyła go z powrotem do koperty i schowała w sejfie. Na zewnątrz przy bramie stała taksówka. Trzy postaci ładowały do niej walizki.
Tamara Pietrowna, Lera i Alicja. Teściowa chyba jeszcze coś krzyczała, wywijając rękoma, ale słów nie dało się już rozpoznać. Taksówka ruszyła i zniknęła za zakrętem.
Wika podeszła do okna i długo patrzyła na pustą drogę. Potem wzięła telefon i napisała wiadomość do Alicji: „Kiedy będziesz potrzebować pomocy w nauce, napisz do mnie. Jestem do dyspozycji”.
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast: „Dziękuję. Chcę być taka jak pani. Silna. Dam radę. Obiecuję”. Wika uśmiechnęła się i odłożyła telefon. Ktoś zapukał do drzwi gabinetu. Dienis stał na progu, trzymając w dłoniach kubek świeżej herbaty. — Można? — Można.
Wszedł i usiadł obok niej. Cisza między nimi nie była już tak ciężka. — Chcę spróbować — powiedział cicho. — Jeśli dasz mi szansę.
Wika spojrzała na męża. Nie wybaczyła mu. I chyba prędko by nie wybaczyła. Ale potrzebowała go. Nie jako jedynego oparcia, lecz jako pomocy. Zwykłej ludzkiej pomocy na długiej drodze do samej siebie. — Jedną szansę — powiedziała. — Tylko jedną, Dienis. Nie zawiedź mnie.
Skinął głową.
Wika znów odwróciła się w stronę okna. Na zewnątrz sosny kołysały gałęziami, a w domu słychać było bicie jej serca. Równe. Spokojne. Silne.
Cisza była ogłuszająca. I to była jej cisza. W jej domu. W jej życiu.
