Zadzwoniłam do szwagierki przy niej.
Na głośnomówiącym.
Olga weszła do klatki trochę po szóstej rano i od razu potknęła się o obcy zapach. Na półpiętrze pachniało smażoną cebulą — sąsiedzi jedli śniadanie.
Po dwunastogodzinnej zmianie ten zapach uderzył ją w nos tak mocno, że zrobiło jej się niedobrze. Otworzyła drzwi swoim kluczem i zastygła w progu.
W przedpokoju stała obca walizka.
Duża, bordowa, z przetartą rączką.
Obok — kapcie.
Nie jej kapcie.
— Olenka, wróciłaś — odezwał się głos z kuchni.
Teściowa.
Zinaida Pawłowna.
W szlafroku.
Z kubkiem.
— Dzień dobry, Zinaido Pawłowna.
Co pani tu robi?
— Serioża ci nie powiedział?
— Serioża nic mi nie powiedział. Teściowa zacisnęła usta i spojrzała na Olgę tak, jakby ta zapomniała lekcji.
— Przecież wszystko ustaliliście z nim.
Teraz mieszkam u was.
Gdzie indziej mam iść?
Olga zdjęła kurtkę.
Powoli.
Żeby zdążyć pomyśleć.
Z pokoju wyjrzał zaspany Miszka.
— Mamo, dlaczego śpię na polowym łóżku?
— Później, kochanie, później.
Olga wyjęła telefon i zadzwoniła do Siergieja.
Sygnał.
Jeszcze raz.
Odrzucił.
Po dziesięciu minutach przyszła wiadomość: „Mamo, jadę, potem porozmawiamy, nie wyrzucaj jej na ulicę”. Olga usiadła na taborecie w przedpokoju — w kurtce, w butach.
Patrzyła na bordową walizkę.
— Potrzebuję osobnego pokoju — tłumaczyła teściowa przy śniadaniu.
— Źle śpię.
I jeszcze, Olenka, mam wrzody, potrzebuję diety.
Bez smażonego, bez ostrego.
Kaszki, warzywa na parze.
— Rozumiem.
— Ty jesteś felczerką, ty rozumiesz.
— Rozumiem.
— Będę w pokoju dziecka. Tam jest cicho.
— A Miszka gdzie będzie?

— W salonie, oczywiście. Jemu dużo nie trzeba.
Nasz Sierioża w jego wieku spał w korytarzu i wyszedł na ludzi. Olga kiwnęła głową i nalała sobie herbaty.
Herbata była gorąca — i to było dobre. Zajęte ręce nie robią głupstw.
Po trzech dniach Olga zrozumiała skalę katastrofy.
Teściowa wstawała o szóstej.
Włączała telewizor.
Głośno.
Kaszę trzeba było gotować codziennie, świeżą.
Wczorajsza „nie przechodziła”.
Pranie — osobno.
— Mam wrażliwą skórę.
Miszka chodził po mieszkaniu jak cień.
— Mamo, babcia zostanie na długo?
— Nie wiem, kochanie.
W piątek Olga siedziała na ławce przed blokiem. Obok usiadła sąsiadka.
— Co, problem przyszedł do ciebie z walizką?
Olga uśmiechnęła się krzywo.
— Widać?
— Widać, dziecko.
Masz minę jak mój były kierownik, kiedy przyszła do niego policja gospodarcza.
Olga opowiedziała wszystko.
Krótko.
— Sprzedała mieszkanie, dała pieniądze córce, a sama przyszła do was?
— Tak.
— To się nie nazywa ładnie.
Ale w praktyce — trzeba rozmawiać.
Bo ludzie nie lubią, gdy ktoś nazywa ich układ na głos.
W sobotę przyjechał Siergiej.
Olga zadzwoniła do szwagierki na głośnomówiącym.
— Lena, cześć. Twoja mama mieszka u nas już dwa tygodnie.
— No i dobrze, była sama…
— Twoja mama sprzedała mieszkanie i dała wam pieniądze, tak?
— To sprawa rodzinna.
— Czyli: mama sprzedała jedyne mieszkanie, pieniądze poszły na wasze większe mieszkanie, a ona mieszka u nas, w dwupokojowym, z kredytem i dzieckiem na polowym łóżku. Tak?
Cisza.
— Lena, odbierzesz mamę do siebie.
Cisza była długa.
Teściowa pobladła. Siergiej patrzył w stół.
— Ty mnie upokorzyłaś — powiedział później.
— Ja tylko nazwałam rzeczy po imieniu.
Po dwóch dniach teściowa wyjechała.
Z tą samą walizką.
Mieszkanie jakby odetchnęło.
Siergiej milczał długo.
W końcu usiadł obok.
— Nie miałem racji.
— Wiem.
— Przepraszam.
— Przyjmę przeprosiny. Raz.
Ale od teraz wszystko: mieszkanie, dziecko, pieniądze — tylko razem.
Inaczej sama zdecyduję.
