Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam moją teściową.
Stała na progu z miną, jakby właśnie przyłapała mnie na czymś niewybaczalnym.
Spojrzała na moją piżamę, potem na zegarek.
— Nadal śpisz? — zapytała z oburzeniem. — A kto przygotuje śniadanie mojemu synowi?
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam.
— Dzień dobry również pani — odpowiedziałam spokojnie.
Teściowa nawet nie zareagowała na moją uwagę. Po prostu weszła do środka.
— Twój mąż już nie śpi?
— Śpi.
— To go obudź.
— Dlaczego?
Spojrzała na mnie, jakbym właśnie zadała najgłupsze pytanie na świecie.
— Bo jest głodny.
Westchnęłam.
— Może sam przygotować sobie śniadanie.
Jej oczy zrobiły się ogromne.
— Sam?!
— Tak. To dorosły mężczyzna.
W tym momencie z sypialni wyszedł mój mąż, jeszcze zaspany.
— Mamo? Co ty tutaj robisz o ósmej rano?
— Przyszłam zobaczyć, jak się macie. I zastałam twoją żonę śpiącą, podczas gdy ty jesteś głodny.
Mąż spojrzał na mnie, potem na nią.
— Mamo, to niedziela.
— I co z tego?
— Nic. Po prostu chciałem spać.
Teściowa pokręciła głową.
— W moich czasach kobieta wstawała wcześniej niż mąż. Przygotowywała śniadanie, sprzątała i dbała o dom.
Uśmiechnęłam się lekko.
— W takim razie dobrze, że nie żyjemy w pani czasach.
Zapadła cisza.
Mąż zakrył usta dłonią, żeby powstrzymać uśmiech.
Teściowa spojrzała na niego z wyrzutem.
— I ty na to pozwalasz?
— Mamo, nie muszę na nic „pozwalać”. To nasz dom.
To był pierwszy raz, kiedy stanął po mojej stronie bez wahania.
Ale teściowa nie zamierzała się poddać.
— Dobrze. Skoro nikt tutaj nie potrafi zadbać o mojego syna, sama zrobię mu śniadanie.
Ruszyła do kuchni.
— Proszę bardzo — powiedziałam. — Kuchnia jest do pani dyspozycji.
Otworzyła lodówkę.
Po chwili zaczęła wyjmować produkty.
— Nie ma świeżego chleba?

— Nie.
— Jajek?
— Nie.
— Szynki?
— Też nie.
Odwróciła się do mnie.
— To co wy w ogóle jecie?
— To, na co mamy ochotę.
Mąż parsknął śmiechem.
Teściowa spojrzała na niego.
— Ty się śmiejesz?
— Trochę.
— Wspaniale. Własna matka przyjeżdża, żeby się tobą zająć, a ty się śmiejesz.
Mąż podszedł do niej.
— Mamo, naprawdę nie musisz się mną zajmować. Kocham cię, ale mam trzydzieści sześć lat. Potrafię zrobić sobie kanapkę.
Teściowa zamilkła.
Po chwili powiedziała:
— Czyli teraz jestem niepotrzebna?
Podeszłam bliżej.
— Nie. Jest pani jego matką. Ale nie jest pani jego gospodynią.
Popatrzyła na mnie długo.
Tym razem nic nie odpowiedziała.
Usiadła przy stole.
Mąż zrobił sobie kawę, a mnie zapytał:
— Chcesz jajecznicę?
— Chętnie.
— To zrobię dla nas obojga.
Teściowa patrzyła, jak mój mąż wyciąga patelnię.
Po kilku minutach postawił przed nami dwa talerze.
— Mamo, też chcesz?
Pokręciła głową.
— Nie.
Po chwili jednak westchnęła.
— Dobrze. Trochę.
Mąż się uśmiechnął.
— Widzisz? Niedzielne śniadanie nie musi być takie skomplikowane.
Teściowa po raz pierwszy tego ranka się uśmiechnęła.
Kiedy wychodziła, zatrzymała się przy drzwiach.
— Następnym razem zadzwonię wcześniej.
— To byłoby miłe — odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie.
— I… możesz spać dłużej.
Uniósł mi się kącik ust.
— Dziękuję.
Kiedy drzwi się zamknęły, mąż objął mnie od tyłu.
— Wiesz, że moja mama właśnie zrobiła ci największy komplement w swoim życiu?
— Jaki?
— Pozwoliła ci spać do ósmej rano.
Roześmiałam się.
A potem wróciliśmy do kuchni.
Bo tego dnia po raz pierwszy zrozumiałam, że w naszym małżeństwie nie chodzi o to, kto wstaje pierwszy, kto gotuje i kto sprząta.
Chodzi o to, żeby oboje byli odpowiedzialni za wspólne życie.
I przede wszystkim — żeby żadna teściowa nie ustalała zasad za dorosłych ludzi.
