„Jeśli ci się nie podoba, to idź do swojej matki!” — warknęła moja teściowa. „Odchodzę.” I zabrałam ze sobą dokumenty dotyczące mieszkania.
„Wynoś się stąd! Mam już dość jego — snuje się, patrzy, węszy wszędzie!” Zoja Iwanowna nawet się nie odwróciła, kiedy mówiła. Stała tyłem do synowej, wpatrzona w okno, jakby zwracała się do ulicy, a nie do osoby znajdującej się w tym samym domu. Jej głos był ostry, pewny, bez cienia wahania.
„A poza tym mieszkanie jest mojego syna. Kiedy zechcemy, wyrzucimy cię stąd!” Wiera zastygła na środku korytarza. Trzymała w rękach torby z zakupami, których ciężar nagle wydawał się dwa razy większy.
Palce zacisnęły się na uchwytach tak mocno, że zbielały jej kostki. Twarz przybrała spokojny, kontrolowany wyraz. Już się tego nauczyła. Przez dwa lata życia z nimi nauczyła się nie reagować od razu, nie pokazywać bólu.
Teściowa wprowadziła się osiem miesięcy temu. „Tylko na chwilę” — powiedział Gleb, unikając wzroku Wiery. Miało to być tymczasowe — remont starego mieszkania w sowieckim bloku. Kilka tygodni, może miesiąc. Potem Zoja Iwanowna miała się wyprowadzić.
Ale nigdy się nie wyprowadziła.
Remont „się przedłużał”, potem stał się tylko wymówką. Jej rzeczy zajęły jedną szafę, potem drugą, potem połowę mieszkania. W końcu jej obecność wypełniła całą przestrzeń: zapach mocnej herbaty, kremów, ciężkie kroki w kapciach. Była wszędzie, jakby zawsze tam była.
Mieszkanie było dwupokojowe, w nowym bloku przy ulicy Oktiabrskiej. Wiera spłacała kredyt sama — co miesiąc, bez opóźnień, z pensji menedżerki w agencji turystycznej. Każna rata była małym zwycięstwem i jednocześnie dowodem jej samotności w życiu, które miało być „we dwoje”.
Gleb pracował w warsztacie mechanicznym. Czasem przynosił pieniądze, czasem nie. Zawsze miał wytłumaczenia: „pensja się spóźnia”, „szef obiecał premię”, „miałem dług”. Na początku Wiera pytała, próbowała zrozumieć. Potem przestała. Zaczęła tylko milczeć i płacić.
W piątkowy wieczór Zoja Iwanowna zaprosiła gości. Wiera wróciła późno z pracy.
Dzień był ciężki — niezdecydowani klienci, ciągłe telefony, presja. Chciała tylko ciszy i herbaty. Już od klatki schodowej słyszała głośne rozmowy i śmiech.
W mieszkaniu byli obcy ludzie. Ktoś palił w kuchni przy otwartym oknie, inni brzęczeli kieliszkami. Na stole stały butelki i jedzenie, które Wiera kupiła na „kilka spokojnych dni”.

— A, wróciłaś — powiedziała Zoja Iwanowna bez cienia skrępowania. — Nie patrz tak, to tylko znajomi.
„Tylko znajomi” zostali do późnej nocy. Gleb był z nimi i śmiał się najgłośniej, jakby chciał zniknąć w hałasie. Wiera została w kuchni, zmywając talerz za talerzem, aż woda zrobiła się zimna.
Następnego dnia coś w niej pękło. Bez awantury. Bez krzyku. Tylko cisza. Rano spakowała do torby najpotrzebniejsze rzeczy: dokumenty, laptop, kilka ubrań. Potem otworzyła szufladę, gdzie trzymała dokumenty mieszkania.
Długo na nie patrzyła. Gleb jeszcze spał. Zoja Iwanowna piła herbatę w kuchni, jakby nic się nie stało.
— Co ty robisz? — zapytał Gleb, widząc ją przy drzwiach.
Wiera spojrzała na niego spokojnie.
— To, co powinnam była zrobić dużo wcześniej.
Wyszła.
Ani razu się nie obejrzała.
Za jej plecami został nie tylko hałaśliwy dom, nie tylko apodyktyczna teściowa i nieobecny mąż, ale życie, w którym ktoś inny zawsze decydował za nią.
Tym razem Wiera zabrała ze sobą dokumenty mieszkania.
