Marina weszła ostrożnie do mieszkania, trzymając torbę z dziecięcymi kurtkami. Jej serce biło tak mocno, że wydawało jej się, iż każdy jego uderzenie słychać w cichym korytarzu.
Zatrzymała się na chwilę w progu i rozejrzała się dookoła. Wszystko wyglądało inaczej niż wcześniej. W przedpokoju panował nowy porządek: rzeczy Aleseja były ułożone w nowych szafkach, a na ścianach wisiały zdjęcia Eleny w różowych ramkach.
Wyraźnie widać było, że zostały powieszone niedawno, jakby ktoś celowo chciał pokazać, kto teraz jest panią domu. Cała przestrzeń zdawała się mówić: „Teraz to ja tu rządzę.”
Marina wzięła głęboki oddech, aby się uspokoić.
— Gdzie jest szafa z ubraniami dzieci? — zapytała w końcu, starając się zachować spokój w głosie.
— W przedpokoju — odpowiedziała krótko Elena. Stała podparta o framugę drzwi, uważnie obserwując Marinę. — Ale niczego nie ruszaj!
Marina skinęła milcząco i podeszła do szafy. Otworzyła ją ostrożnie, jakby bała się, że najmniejszy hałas może wywołać nową kłótnię. W środku zobaczyła kurtki, buty i czapki dzieci poukładane na swoim miejscu. Przez chwilę poczuła, że to małe zwycięstwo — przynajmniej te rzeczy wciąż tu były.
Ale znów poczuła zimne spojrzenie Eleny na plecach. Nowa „władczyni” mieszkania śledziła każdy jej ruch, jakby strzegła cennego trofeum.
Marina powoli się odwróciła i spojrzała na nią.
— Czy zdajesz sobie sprawę — powiedziała spokojnie, ale stanowczo — że to jest też dom dla dzieci? Dla nich te ściany nie są obce.

Elena prychnęła lekceważąco i zrobiła krok bliżej. Pochyliła się lekko, aby spojrzeć do torby Mariny.
— Tak, tak, dzieci — powiedziała sarkastycznie. — Ale one będą tu mieszkać z nami. A ty… twoja rola się skończyła.
Marina zacisnęła zęby. W piersi poczuła falę emocji — gniew, ból i upokorzenie — ale wiedziała, że musi się powstrzymać. Teraz nie było czasu na kłótnie. Przyszła tylko po rzeczy dzieci i miała odejść, nie wywołując prawdziwej burzy.
— Biorę tylko ich rzeczy — powiedziała spokojnie. — Nie mam wobec ciebie żadnych pretensji. W tym momencie drzwi wejściowe mieszkania nagle się otworzyły. Sąsiad z dolnego piętra wystawił głowę do korytarza, najwyraźniej usłyszawszy hałas.
— Oho, co tu się dzieje? — zapytał zdziwiony. — Rodzinna drama?
Elena zarumieniła się ze zdziwienia i irytacji.
— To prywatne! — krzyknęła. — Nie wtrącaj się!
Marina ledwie powstrzymała uśmiech. Cała scena przypominała jej teatralną komedię: każdy grał swoją rolę, a prawda pozostawała ukryta za ścianami mieszkania.
— Alesej powiedział, że mogę zabrać rzeczy — przypomniała spokojnie. Wyjęła telefon z torby. — Mogę do niego zadzwonić jeszcze raz, jeśli będzie trzeba.
Wzmianka o telefonie okazała się ostatnim argumentem. Elena zawahała się, spojrzała na bok i w końcu zrobiła krok w tył, ustępując drogi Marinie.
Na krótki moment napięcie jakby zelżało, choć atmosfera wciąż była ciężka. Marina szybko spakowała kurtki, buty i czapki dzieci do torby. Potem jeszcze raz spojrzała na blondwłosą kobietę.
— To wszystko, czego potrzebowałam — powiedziała. — Dzieci się ucieszą. Mam nadzieję, że już nie będziemy się musiały spotykać.
— Tak… niech tak będzie — wyszeptała przez zęby Elena, starając się zachować godność.
Marina wyszła z mieszkania i zeszła po schodach. Czuła jednocześnie ulgę i głębokie zmęczenie. To nigdy nie była walka o mieszkanie, meble czy ściany. To była walka o prawo do bycia matką, bez utraty siebie w nowych okolicznościach życia.
