– Przestań zachowywać się jakbyś była panią tego domu. Elena stała już w progu, z półotwartą walizką uderzoną o róg szafy. Wylewały się z niej swetry, suszarka do włosów, ładowarki i domowa bluza — wszystko wrzucone w pośpiechu przez Kirilla.
Za nim stała Larisa Nikołajewna, była teściowa. W rękach trzymała torbę ze sklepu budowlanego. Wystawała z niej miarka, rolka sznurka i paczka samoprzylepnych haczyków.
– Irina, nie rób z siebie pośmiewiska – powiedziała tonem, jakby nie przyszła do obcego mieszkania, tylko na rodzinne zebranie.
– Kobieta po rozwodzie powinna zachowywać się godnie. Wynajmuje pokój, wyprowadza się i nie przeszkadza mężczyźnie żyć.
Przez „mężczyznę” miała na myśli swojego syna, Kirilla Własowa, czterdziestodziewięcioletniego mężczyznę. Od trzech miesięcy był już moim byłym mężem, ale nadal chodził po moim dwupokojowym mieszkaniu tak, jakby był tu tylko przejazdem. Postawił na podłodze kolejną ciężką torbę i wskazał mały pokój.
– Mama na razie tu zostanie – oznajmił. – Jej jest ciężko samej. A ty i tak tu jesteś zbędna. Mówiłaś, że masz gdzie się przenieść.
– Mówiłam, że mam przyjaciółkę – odpowiedziałam. – Nie że zamierzam oddać ci moje mieszkanie. Kirill krótko się zaśmiał i wszedł do pokoju. Na podłodze leżały już moje książki, zdjęte z półki, żeby „zrobić miejsce do pracy”. Na nich rachunki rzucone wczoraj przy szafie.
Na kanapie leżał jego sprzęt sportowy, na parapecie pudełko z kablami, a w korytarzu jego buty blokowały przejście. Miał swoją półkę, ale zawsze uważał, że może zajmować całe mieszkanie.
– To przesuń – powiedział, wskazując książki. – Potrzebuję stołu.
– Mama potem powiesi haczyki, poukładamy torby.

– Kirill, wyrok sądu już obowiązuje – powiedziałam spokojnie. – Masz obowiązek opuścić mieszkanie.
Nawet się nie odwrócił.
– Znowu twoje papierki? Nie rozśmieszaj mnie.
Sąd nie wyrzuca ludzi na ulicę.
Byliśmy rodziną.
– Już nie jesteśmy – odpowiedziałam.
Odwrócił się gwałtownie.
– Nie wymądrzaj się. Beze mnie byś sobie tu nie poradziła. Kto ci naprawiał gniazdka? Kto montował szafki?
To mieszkanie dostałam cztery lata przed ślubem. Było wyłącznie moje.
Nie kupione wspólnie, nie na kredyt.
Otrzymałam je w darowiźnie od ciotki, która wcześniej wszystko uporządkowała.
Kirill pojawił się później.
Najpierw był troskliwy. Potem zaczął kontrolować wszystko.
W styczniu złożyłam pozew o rozwód.
Bez scen.
W marcu rozwód był już prawomocny.
W kwietniu złożyłam kolejny wniosek: o jego eksmisję i wykreślenie prawa do mieszkania.
Krótko: miał się wyprowadzić.
9 czerwca Larisa Nikołajewna przyszła z „rzeczami”.
O dziesiątej Kirill wyrzucił moją walizkę na podłogę i zaczął pakować moje ubrania.
– Spakuj się i wynoś na ulicę, dopóki jestem spokojny – powiedział.
Spojrzałam na zegarek.
– Twój spokój potrwa jeszcze trzy minuty – odpowiedziałam.
O wyznaczonej godzinie zadzwonił dzwonek.
W drzwiach stał komornik z dwoma świadkami i pracownikiem.
– Dzień dobry. Kirill Olegowicz Własow?
– Tak.
– Egzekucja wyroku. Termin dobrowolnego opuszczenia lokalu minął.
Zapadła cisza.
Po raz pierwszy tego dnia Kirill nie wyglądał jak właściciel tego miejsca.
– To decyzja sądu – powiedział komornik. – Proszę opuścić mieszkanie.
– Nigdzie nie idę – wybuchł Kirill.
– W takim razie przeprowadzimy czynności zgodnie z prawem.
I zaczęło się.
Spis, pakowanie, świadkowie, kartony, torby.
Kirill już nie krzyczał. Pakował się w milczeniu.
Larisa Nikołajewna też zamilkła.
Na końcu poproszono go o oddanie kluczy.
Wyjął je powoli, jakby oddawał ostatnie prawo, jakie mu zostało.
Drzwi się zamknęły.
Bez krzyku.
Bez scen.
Tylko cisza.
W mieszkaniu została tylko moja otwarta walizka.
Zaczęłam odkładać rzeczy na miejsce.
Sweter, sukienka, ładowarki.
Wieczorem mieszkanie znów było moje.
Na stole leżały tylko moje klucze.
Kilka dni później przyszedł wiadomość:
„Porozmawiajmy normalnie. Wyprowadzę się za kilka tygodni.”
Nie odpowiedziałam.
Potem kolejna:
„Nie jesteś człowiekiem.”
Też nie odpowiedziałam.
Później kupiłam zwykłą szarą wycieraczkę.
I wtedy zrozumiałam, że po raz pierwszy od dawna mieszkam naprawdę sama.
W swoim własnym domu.
