— Darujmy sobie niepotrzebne dramaty, Swieta.
Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Przyszedłem porozmawiać o przyszłości naszej córki. Sława przekroczył próg z takim wyrazem twarzy, jakby wyszedł tylko po chleb i wrócił po kilku godzinach.
W rzeczywistości minęło dwadzieścia lat. Swietłana patrzyła na byłego męża, spodziewając się, że poruszy się w niej choć cień dawnej urazy, ale czuła jedynie pustkę.
Sława trochę przytył, jego włosy przerzedziły się, lecz wyraz twarzy pozostał taki sam: pobłażliwy i bezgranicznie pewny własnej nieomylności.
— Przyszłość mojej córki została już dawno zaplanowana — odpowiedziała spokojnie Swietłana, nie odsuwając się od drzwi.
— I nie wymaga twojego udziału.
— Zawsze taka jesteś — pokręcił głową z wyrzutem Sława, wchodząc do salonu jak do własnego domu.
— Od razu stajesz do walki.
Przychodzę do ciebie z otwartym sercem, a ty budujesz barykady.
W końcu jestem jej ojcem.
Mam prawo wiedzieć, jak żyje moje dziecko.

Zwłaszcza że dotarły do mnie wieści, iż popełniłaś dość nierozważny krok.
Swietłana pozostała w przedpokoju.
Nie musiała pytać, o czym mówi. Zaledwie tydzień wcześniej podpisała dokumenty zakupu mieszkania dla Julii. Jej córka była na trzecim roku studiów, pracowała dorywczo, a Swietłana uznała, że nadszedł czas, by zapewnić jej dobry start w dorosłe życie.
Pracowała jako główna księgowa w dużej firmie, brała dodatkowe zlecenia i przez kilka lat konsekwentnie dążyła do tego celu. A gdy tylko transakcja została sfinalizowana, na jej progu pojawił się człowiek, który zniknął, gdy Julia miała zaledwie trzy miesiące.
— Który dokładnie krok uważasz za nierozważny? — zapytała Swietłana spokojnym głosem, wchodząc w końcu do salonu.
— Kupno nieruchomości na nazwisko dwudziestoletniej dziewczyny — odparł Sława, wygodnie rozsiadając się na kanapie i zakładając nogę na nogę.
— Swieta, jesteś mądrą kobietą, świetnie liczysz, ale zupełnie nie znasz się na ludziach.
Julia jest jeszcze dzieckiem.
Ma wiatr w głowie.
Wyobrażasz sobie, ilu oszustów kręci się wokół?
Ilu ludzi poluje na cudzy majątek?
Potrzebuje kontroli. Potrzebuje przy sobie silnego męskiego ramienia, żeby nikt nie odważył się nią manipulować.
— I czyje miałoby być to ramię? Może twoje? — zapytała Swietłana, siadając w fotelu naprzeciwko i splatając dłonie na kolanach.
— Oczywiście, że moje.
Wszystko już przemyślałem — powiedział Sława, pochylając się do przodu, a w jego głosie zabrzmiała szczera, głęboka troska.
— Jestem gotów wprowadzić się do niej…
