„Sprzedaj mieszkanie i nie rób scen” — powiedział Sergiej takim tonem, jakby chodziło o stary rower.
„Za te pieniądze zbudujemy dom.
Dla nas.
I zabierzemy mamę do siebie, zanim będzie za późno.” Milczałam, mieszając cukier w herbacie.
Łyżeczka cicho uderzała o ścianki filiżanki.
Ta drobnostka z jakiegoś powodu mnie uspokajała.
„Słyszysz mnie?” podniósł głos mój mąż.
„Jutro dzwonimy do pośrednika.”
„Słyszę” — skinęłam głową.
„Bardzo dokładnie słyszę.”
W drzwiach kuchni, ze skrzyżowanymi rękami, stała moja teściowa, Tamara Pietrowna. Z zadowoloną miną, jakby sprawa była już przesądzona.
Mam na imię Anna.
Mam trzydzieści sześć lat.
Z Sergiejem jesteśmy małżeństwem od czterech lat.
A mieszkanie, które tak swobodnie kazał mi sprzedać, było moje.
Całkowicie moje.
Jednopokojowe, ale w dobrej dzielnicy, w nowym budownictwie.
Kupiłam je sama, pięć lat przed poznaniem Sergieja — oszczędzałam, brałam dodatkowe prace, rezygnowałam ze wszystkiego.
To była moja twierdza, moja duma, moje zabezpieczenie. Kiedy się pobraliśmy, wynajmowałam to mieszkanie, a my mieszkaliśmy w większym, dwupokojowym wynajętym lokalu — tak było wygodniej.
Pieniądze z wynajmu mojego mieszkania trafiały do wspólnego budżetu.
Na co?

Między innymi na utrzymanie Tamary Pietrowny, „biednej kobiety żyjącej tylko z emerytury”.
O tym, że Tamara Pietrowna miała własne dwupokojowe mieszkanie w innym mieście, które również wynajmowała i odkładała pieniądze „na czarną godzinę”, raczej się nie wspominało.
Pomysł „sprzedamy mieszkanie Ani i zbudujemy dom” narodził się oczywiście w głowie teściowej. Tamara Pietrowna od dawna marzyła, żeby zamieszkać bliżej syna.
A właściwie — bliżej syna i wygodnego źródła dochodu w postaci mnie.
Najlepiej w domu, gdzie będzie miała własny pokój, a synowa będzie na każde zawołanie: gotować, sprzątać i opiekować się „biedną teściową”.
Plan był genialny w swojej bezczelności.
Krok pierwszy — Anna sprzedaje mieszkanie.
Krok drugi — za te pieniądze budujemy dom.
Krok trzeci — dom, oczywiście, zapisujemy na Sergieja.
„W końcu to mężczyzna, głowa rodziny.”
Krok czwarty — Tamara Pietrowna wprowadza się i zaczyna rządzić. A swoje dwupokojowe mieszkanie teściowa oczywiście zamierzała zachować.
„Na starość, nigdy nie wiadomo.”
Czyli mój jedyny majątek miał zostać wrzucony do wspólnej puli.
A jej — święty, nietykalny.
Logika idealna.
„Sierioża” — powiedziałam spokojnie.
„Dlaczego mamy sprzedawać akurat moje mieszkanie?”
„Twoja mama też ma mieszkanie.” „Niech sprzeda swoje, zbudujemy dom i nikt nie będzie musiał się przeprowadzać.”
Tamara Pietrowna aż sapnęła.
— Aniu! Jak możesz?!
— To moje mieszkanie! Na starość!
— A moje nie jest na starość? — zapytałam spokojnie.
„Ale ty masz męża!” — ucięła teściowa.
„Sierioża się tobą zajmie!”
„A ja jestem sama!”
„Mama ma rację” — wtrącił Sergiej.
„Ania, nie bądź chciwa.”
„Jesteśmy rodziną.”
„Jaka różnica, czyje to mieszkanie?”
„Wszystko jest wspólne.”
„Wszystko wspólne” — powtórzyłam powoli.
„Oprócz mieszkania mamy.”
„To jest osobne.”
„Dobrze rozumiem tę filozofię?”
Sergiej zmarszczył brwi. Tamara Pietrowna zacisnęła usta.
Najgorsze było to, że oni nawet nie wątpili, że się zgodzę.
Cztery lata byłam wygodna.
Cicha.
Nie kłóciłam się, prowadziłam dom, dokładałam się finansowo, znosiłam jej uwagi.
„Aniu, przesoliłaś.”
„Aniu, tak się nie prasuje.”
„Aniu, kiedyś synowe były bardziej skromne.”
Przyzwyczaili się, że milczę.
Że się zgadzam.
Że robię, co każą.
Tamtego wieczoru nic nie powiedziałam.
Dopiłam herbatę i poszłam spać.
A rano nie poszłam do pracy.
Poszłam do prawniczk
W końcu wszystko skończyło się tak, jak powinno. Rozwód przeszedł szybko — nie było czego dzielić.
Sergiej stracił zaliczkę na działkę, a dom „dla mamy” nigdy nie powstał.
Ja wróciłam do swojego mieszkania.
Do swojej twierdzy.
I po raz pierwszy od lat naprawdę odetchnęłam.
Bo zrozumiałam jedno:
to, co było twoje przed ślubem, pozostaje twoje.
Zawsze.
I żadna „rodzina” nie ma prawa tego zmieniać.
